Kynologia
 
 
Bobry skazane na emigrację
Myśliwi mogą polować na gryzonie, ale wolą je przesiedlać, nawet do innych krajów

Gryzonie są tak sprytne, że strzelcy nie mogą ich podejść. Łatwiej odłowić całą rodzinę bobrów i przenieść w miejsce, gdzie nie narobią szkód

W kilku regionach Polski myśliwi mogą od niedawna urządzać polowanie na bobry. Tak zdecydowali wojewodowie, bo rolnicy skarżyli się, że gryzonie niszczą im uprawy. Miłośnicy futrzaków są przeciwni odstrzałowi i proponują, by bobrm ratować życie, przesiedlając je choćby za granicę, nawet aż na bałkany.

- Przez ostatnie cztery lata bobr narobiły mi strat na ponad pół miliona złotych - skarży się Marian Słowiński, właściciel gospodarstwa rybackiego w Budzie Stalowskiej na Podkarpaciu. - Nijak nie mogę sobie z nimi poradzić - narzeka. I dodaje, że według jego szcunków na jego 750-hektarowym gospodarstwie żyje prawie 200 bobrów.

To możliwe, bo bobry, którym jeszcze trzydzieści lat temu groziło wyginięcie, teraz mają się całkiem nieźle. W Polsce jest ich około 25 tysięcy. Coraz częściej stają się zmorą rolników: ścinają drzewa, budują tamy i w efekcie podtapiają łąki, niszczą uprawy.

Dlatego wojewoda podkarpacki wydał ostatnio zgodę na odstrzał 50 sztuk. Nie on jeden: myśliwi mogą na bobry polować też w województwi lubuskim, łódzkim, warmińsko-mazurskim i podlaskim. A to wywołuje protesty ekologów.

- Odstrzał to najbardziej prosty, ale najbardziej brutalny i najgłupszy sposób na rozwiązywanie problem - uważa Jacek Bożek, prezes ekologicznego Klubu Gaja. - Bobry warto chronić, a nie do nich strzelać - przekonuje.

Urzędnicy jednak niewiele robią sobie z protestów ekologów. Dają kołom łowieckim zgodę na strzelanie do bobrów, choć po cichu mówią, że ta drastyczna metoda też nie rozwiązuje problemu. Dlaczego? - Co z tego, że wydałem zgodę na odstrzał, jak i tak myśliwym nie udało się upolować ani jednego zwierzęcia - mówi anonimowo konserwator przyrody w jednym z urzędów wojewódzkich. - Bobrom nic się nie stało, a ludzie się trochę uspokoili, bo widzieli, że przynajmiej podjęliśmy jakieś kroki - śmieje się konserwator.

Myśliwi potwierdzają, że bóbr to trudny przeciwnik. W wodzie radzi sobie tak dobrze, że nie da się go ustrzelić, więc trzeba czychać, aż wyjdzie na ląd. A to zwykle zdarza się w nocy. Jednak nawet wtedy zwierzak jest ostrożny i trudno go podejść. Dlatego myśliwi nie mają cierpliwości do polowań na bobry. Nawet oni proponują rozwiązania bezkrwawe: odławianie i przenoszenie zwierząt na tereny, gdzie zwierzaków brakuje.

Taki sposób popiera na przykład Jan Goździewski, szef suwalskiego oddziału Polskiego Związku Łowieckiego. - Odbudowaliśmy populację bobrów w Polsce nie po to, żeby uczynić z nich zwierzynę łowną - przekonuje. Jak mówi tak robi: właśnie kieruje grupą myśliwych, którzy zajmują się odławianiem bobrów. Wylicza, że tylko w zeszłym roku schwytali i przesiedlili blisko sześćdziesiąt ospbników. W większości trafiły one o Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Jednak szybko pojawił się prolem.

- Nie ma już gdzie przenosić bobrów. W całym kraju jest ich tak dużo, że nikt nowych osobników nie chce przyjąć - tłumaczy Andrzej Wiercioch, wojewódzki konserwator przyrody w Łodzi.

Goździewski załamuje ręce: - Skanynawowie sobie poradzili, Rosjanie sobie poradzili. Tylko my nie umiemy nic załatwić - mówi ironicznie. I uparcie naciska na przesiedlanie bobrów, choćby za granicę. Okazuje się, że słowa Goździewskiego to nie mrzonki. W ubiegłym roku na naukowej konferencji w Monachium przedstawiciele państw bałkańskich usilnie starali się znaleźć zwierzęta, które mogłyby zamieszkać w ich rzekach. Niewykluczone więc, że polskie bobry obiorą właśnie bałkański kierunek. Chcą je mieć u siebie też Rumuni, którzy właśnie teraz, tak jak my 30 lat temu, odbudowują populację bobrów.

Przyrodnicy nie są pewni, czy taka akcja miałaby szanse powodzenia. Dają przykład plagi, do jakiej doszło u nas, kiedy zwierzęca emigracja, choć nie do końca pożądana, odbyła się w przeciwnym kierunku. W Polsce pojawiły się bowiem norki amerykańskie, które uciekły z transportów. Zwierzęta szybko zadomowiły się w okolicach ujścia Warty. Sybko okazało się, że są bardziej agresywne. Szczególnie dały się we znaki miejscowemu ptactwu: wyciągają jaja z gniazd i zabijają pisklęta - To prawdziw plaga - martwi się Andrzej Wiercioch.

Ale dr Andrzej Czech, krajowy ekspert ds. zarządzania populacją bobrów w Polsce, jest spokojny o zachowanie naszych futrzaków na emigracji. Uważa, że żadną miarą nie da się ich porównywać z niechcianymi przybyszami zza Oceanu. - Nie można na jednej płaszczyźnierozpatrywać działalności norek i borów - oburza się. - Zapewniam, że dla dzikiej przyrody, wszystko co robi bóbr, przynosi korzyści. Norka, jako element napływowy i obcy gatunek sieje spustoszenie - przkonuje dr Czech.

Wyślijmy je na Bałkany

MACIEJ STAŃCZYK: Jak to jest? Najpierw odbudowano w Polsce populację bobrów żeby teraz na nie polować?

JAN GOŹDZIESKI*: Skądże znowu. Nikt nie miał takich intencji. Jesteśmy przeciwni odstrzałom tych zwierząt. Są przcież inne sposoby, żeby zapobiegać szkodom wyrządzanym przez bobry, a jednocześnie ich nie zabijać.


Jakie?

Na razie przenosimy zwierzęta w inne rejony kraju. Ale myślę, że przede wszystkim powinniśmy zająć się profilaktyką. Najłatwiej zrzucić winę na zwierzęta za to, że niszczą wały przeciwpowodziowe i nasypy kolejowe. A przecież wystarczy zainstalować siatki i bóbr się przez nie nie przebije. To proste, wystarczy tylko chcieć.


A co z eksportem bobrów? Podobno kiedyś Amerykanie chcieli je od nas kupić.

To byla tylko plotka. Amerykanie i Kanadyjczycy zresztą też mają dość własnych bobrów i naszych nie potrzebują. Ale pomysł z przeprowadzką za granicę jest obry. Zwłaszcza że jest gdzie je wieźć. Niemal wszystkie państwa na Bałkanach starają się odbudować populację. Niemcy już im swoje bobry oferują. My również właśnie prowadzimy rozmowy w tej sprawie.


*Jan Goździewski jest szefem suwalskiego oddziału Polskiego Związku Łowieckiego

 







IP
54.236.180.104